W ponad rok od wybuchu pandemii w Europie zaczyna brakować jednak zupełnie innych produktów żywnościowych, a kłopoty z łańcuchem dostaw paraliżują funkcjonowanie wielu restauracji i barów. Za te problemy odpowiada nie tylko zwiększony po lockdownach popyt.
Miesiąc, w którym zabrakło tapioki
Niewielki kalifornijski lokal Bobba Bliss opublikował w kwietniu na swojej stronie na Facebooku niecodzienny komunikat.
– Nasze składniki szybko się kończą z powodu zamkniętych portów i opóźnionych dostaw. Zapytacie jak szybko? Cóż, faktem jest, że może się to stać z dnia na dzień. Mamy również kłopot z dostawą herbaty. Niestety, niektóre napoje mogą zostać tymczasowo usunięte z menu z powodu tych braków. Przepraszamy za niedogodności i mamy nadzieję, że problemy te wkrótce zostaną rozwiązane – czytamy w poście Bobba Bliss.
Dwa dni później inny bar tego typu, tym razem ze stanu Nowy Jork, ogłosił, że w związku z brakami w dostawach, ich napoje serwowane będą z mniejszą ilością kulek tapioki. Podobne komunikaty pojawiają się w social mediach kolejnych kawiarni w Tuscon, San Francisco i Chicago.
Z gospodarki ulatuje gaz
Działo się to w kwietniu 2021 roku, ponad 13 miesięcy od wybuchu pandemii. Co się właściwie stało? Aby to zrozumieć, musimy cofnąć się do połowy roku 2020. Podczas, gdy cały świat czeka w napięciu na dostawy makaronu oraz papieru toaletowego, z hurtowni, restauracji i kawiarni znikają też inne produkty: drożdże, kurczaki, kraby, homary, jabłka, kalafiory, napoje, kiełbaski pepperoni, niektóre słodycze.
W USA braki dotyczą jeszcze jednego składnika. Trudno go zobaczyć i poczuć, ale bez niego kolejny wielomiliardowy biznes znalazł się w tarapatach. Jak to możliwe, że w ojczyźnie słodkich napojów gazowanych skończył się… dwutlenek węgla?
Około 40 proc. całego Co2 potrzebnego do ich wytwarzania w USA pochodzi od producentów etanolu. Bezwonny gaz dodawany do piwa i coli powstaje bowiem jako produkt uboczny fermentacji alkoholowej. Etanol z kolei sprzedawany jest producentom biopaliw. Mniejsze zapotrzebowanie na paliwa w przemyśle oznaczało ograniczoną produkcję alkoholu, a zatem mniejsze ilości wytwarzanego dwutlenku węgla.
W efekcie produkcja niewidocznego składnika musujących napojów spadła w ciągu zaledwie kilku tygodni o 20 proc. – donosi amerykański „Forbes”. Podobny problem spotkał producentów mięsa, którzy wykorzystują Co2 do schładzania i pakowania swoich wyrobów.
Keczup w cenie złota
„Gazowy kryzys” nie jest jednak najdziwniejszym, jaki w ostatnim czasie dotknął USA... „25 saszetek. Partia z 2021 roku” – dumnie ogłasza w tytule aukcji na amerykańskim portalu aukcyjnym anonimowy internauta. Na dołączonych zdjęciach widzimy zbiór opakowań keczupu różnych marek, wyniesionych zapewne z kilku różnych sieciowych restauracji. Dlaczego ktoś chciałby zapłacić za te 25 saszetek tyle, ile za całą, półlitrową butelkę popularnego sosu do frytek?
Otóż w Stanach Zjednoczonych zabrakło keczupu, o czym donosiły w kwietniu 2021 roku nagłówki prasy na całym świecie. Nie do końca było to zgodne z prawdą. Pomidorowego sosu owszem brakowało, ale tylko w 9-gramowych saszetkach. Wciąż każdy mógł go kupić w plastikowej lub szklanej butelce.
Jednak niedobór saszetek wystarczył, by skutecznie sparaliżować w gastronomii zamówienia na dowóz. O ile butelka, dyspenser czy sosjerka z keczupem dobrze sprawdzają się na miejscu w lokalach, o tyle w dostawie trudno z niej skorzystać. Wraz ze wzrostem zamówień online w restauracjach zwiększyło się więc zapotrzebowanie na porcjowany keczup, który jest niezwykle popularnym dodatkiem do różnych potraw, nie tylko w dużych fast foodowych sieciach.
Heinz, potentat na rynku pomidorowych dodatków, do którego należy lwia część keczupowego rynku w USA, nie przewidział, że pandemia może doprowadzić do zwiększonej podaży wygodnych, bezpiecznych i higienicznych saszetek z sosem. W normalnych warunkach utrzymywanie zapasów na niskim poziomie sprawia, że firmy oszczędzają na przestrzeni magazynowej, a także zyskują sporą elastyczność w działaniu. Wszystko zmienia się w sytuacji globalnego kryzysu, który na wiele miesięcy może zastopować dostawy niemal dowolnego produktu, począwszy od plastikowych saszetek z keczupem, przez karmę dla psów, na mięsie drobiowym kończąc.
Zatory w portach
Gdybyśmy z początkiem 2021 roku spojrzeli na Pacyfik z lotu ptaka, dostrzeglibyśmy dziesiątki, jeśli nie setki, statków towarowych leniwie oczekujących na możliwość pozbycia się ładunku w dwóch portach – w Los Angeles oraz Long Beach. To przez te dwa miejsca przepływa, wedle danych Wall Street Journal, jedna trzecia produktów importowanych do Stanów Zjednoczonych i prawie połowa wszystkich towarów z Azji, w tym także wspomniana tapioka.
Procedura rozładunku kontenerowców, która zajmowała na ogół nie więcej niż dwa dni, rozciągnęła się wiosną tego roku na długie tygodnie, powodując znaczące wydłużenia czasu dostaw. Podróż tapioki z Tajwanu do USA zamiast standardowych 14 dni zajmowała niekiedy miesiąc. Zwiększone zapotrzebowanie na produkty z Azji zbiegło się bowiem w czasie ze wzrostem liczby zachorowań wśród pracowników portu i kierowców samochodów dostawczych.
Podobne kłopoty dotykają porty na całym świecie. Z obsługą kontenerowców nie radzi sobie obecnie coraz mocniej oblegany port w Yantian w Chinach, a rosnąca liczba zachorowań na koronawirusa w Indiach stwarza poważne problemy z płynnością dostaw w tej części Azji.
Wzrost popytu na pracowników oraz środki transportu notuje także Europa. – Brak kierowców to główna przyczyna niskiej dostępności pojazdów, ale należy zwrócić uwagę, że problem pogłębiło otoczenie gospodarcze i prawne. Wielu przewoźników w obawie przed rozwojem pandemii wycofało część floty z użytku – komentuje Maciej Wroński, Prezes Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska.
Myśl globalnie, działaj lokalnie
Wszystko to spowodowało dobrze znany efekt domina, na końcu którego znalazły się kawiarnie z tajwańską herbatą, sieci fast food, bary ze smażonym kurczakiem i ich niezadowoleni ze zmiany menu oraz wzrostu cen klienci.
Przedłużający się kryzys może być jednak szansą dla polskich producentów i nadzieją dla restauratorów na niższe ceny warzyw, owoców i mięsa. Jednym z głównych wyzwań przed jakimi stoi dziś m. in. polskie rolnictwo jest potrzeba skrócenia łańcucha dostaw, która powinna wpłynąć na spadek cen, tak na giełdach warzyw i owoców, jak i w restauracjach.
To wymaga, oprócz szeregu drobnych zmian, także jednej zasadniczej – skupienia się na lokalnym produkcie oraz ograniczeniu importu tego, co możemy pozyskać od rodzimych wytwórców. W odniesieniu do rynku spożywczego hasło „myśl globalnie, działaj lokalnie” jeszcze nigdy nie było tak aktualne.